Tom Wojciecha Kassa to (…) rozbity na okruchy traktat o sztuce i artyście, postawionym wobec dokonującej się dewaluacji słowa.
AGNIESZKA CZAJKOWSKA
NAUKA ŚPIEWANIA
Po opublikowanych niedawno medytacjach, Wojciech Kass dokonuje w Solfeżu radykalnego zwrotu w stronę realności, potoczności, chwilami wręcz niskości. I choć tytuł, brzmiący z włoska, znamionuje pewną elitarność, to poetyckie solfeggio jest pieśnią ku czci odchodzącego świata, ale także nauką dźwięków właściwych naszej współczesności. To zbiór ćwiczeń – jak w podręczniku do kształcenia słuchu – na wiele głosów i na różne rytmy, czasem bardzo skomplikowane i wymagające maksymalnej koncentracji. Każdy, kto choć raz próbował odczytać głosem zapis nutowy wie, jak żmudne to zadanie.
Niełatwy w lekturze jest także najnowszy tom wierszy Wojciecha Kassa. Solfeż uderza przede wszystkim swą rozmaitością – gromadzi liryczne dialogi, piosenki, erotyki, utwory hymniczne i elegijne, modlitwy, wreszcie epigramaty, a przez to przekonuje o niewymownym bogactwie świata i daremności prób jego pochwycenia. To bogactwo, trzeba uczciwie zaznaczyć, bywa zbyt nachalne, i utwory zgromadzone w Solfeżu dają wyraz zniecierpliwieniu, są nieraz wręcz gniewne. Poeta dobrze wie, że trzeba używać wielu farb i tonów, a także rozmaitych technik prezentacji, by oddać nieustanne zdziwienie i zachwyt oraz, jak to bywa, dystans i poczucie wyobcowania. Cechuje Solfeż obfitość form wierszowych, ich różnorodność oraz zaskakująca zmienność nastrojów. Kapryśny nurt kolejnych strof ma jednak swój porządek, rozpoczyna się od gotowości do słuchania, jak w pierwszym wierszu, który jest liryczną rozmową przyjaciół-poetów, kończy zaś odrzuceniem miarowych dźwięków bębna, zagłuszających i zakłamujących rzeczywistość. Pomiędzy Co słychać a Bębniarzem układa się – jak u Breughla – mozaika codziennych czynności, chwilowych oczarowań i gestów odrzucenia, słowem obraz świata balansującego między wzniosłością i upadkiem.
Tom Wojciecha Kassa to także „wyciąg” z kultury, harmonia języków wysokich i niskich, konwencjonalnych i ludycznych, spojonych w charakterystyczny, kpiarski i groteskowy, ale i niepokojący głos uważnego obserwatora rzeczywistości. To wreszcie rozbity na okruchy traktat o sztuce i artyście, postawionym wobec dokonującej się dewaluacji słowa.
Rozrachunkowy ton poezji zwiastuje przedmowa, w której autor konstatuje zmierzch poezji rozumianej po grecku jako poiesis – tworzenie czegoś nowego, a więc czynności polegającej na wypracowywaniu piękna. Jego istotą jest oddziaływanie na zewnątrz i znaczenie niezależne od twórcy, wykraczające poza zakres jego „technicznych” starań (sztuka jest także pracą, o tym przypomina nam autor). Zamieszczona na pierwszej karcie wypowiedź skierowana do czytelnika to jednocześnie osobiste wyznanie poety, deklaracja wciąż żywej wiary w sens literatury, dla której punktem odniesienia powinien być absolut, a najwłaściwszą ścieżką – metafizyka.
Inicjalny gest autora Solfeżu, niejako podpowiadający tryb lektury, ma znaczenie szersze niż tylko instrukcja czytania. Wprowadzając odbiorcę w świat swoich wierszy autor wpisuje się w sekwencję pytań o piękno, zadawanych niejednokrotnie w obliczu barbarzyństwa, okrucieństwa, brzydoty. Wojciech Kass przekonuje, że zawsze jest czas i miejsce dla Orfeusza, nawet jeżeli „zaniedbano naukę o pięknie”.
Piękna szuka poeta w naturze, obserwowanej uważnie, z czułością, a czasem z humorem. Ma do tego – jak mówi w inicjalnym wierszu – „dobrze nastawiony głos”. Natura jest w wierszach z tomu Wojciecha Kassa oswojona, udomowiona poprzez czynności pielęgnacyjne, jak w jednym z najpiękniejszych lirycznych wyznań, zatytułowanym Przejścia. Mówiący w nim jaśmin dokumentuje przemienność pór roku i mijanie kolejnych lat, a także bliskość dwojga ludzi. Przyroda bywa w Solfeżu adresatką hymnów pochwalnych, jak w wierszu Do leśniczówki, pod wieczór. Autor obdarza ja familiarnymi nazwami, jak obłoki w wierszu Krasnogruda, tropi jej tajne ścieżki, odsunięte przez turystów ulegających dyktatowi kiczu i szukających łatwizny. Jednak solfeżowe wiersze nie trącą tanim dydaktyzmem, są raczej wezwaniem do refleksji, często też do bezpośredniej, wcale niełagodnej oceny.
Ten drugi biegun, przeprowadzona z wyczuciem kryteriów moralnych analiza zachowań społecznych, jest istotnym składnikiem poetyckiego świata Solfeżu. Dzięki wplecionej w wiersze potoczności, trywialności, które poeta miesza z najwyższymi rejestrami myśli, frazy Wojciecha Kassa tętnią, pulsują, atakują z mocą, zdzierają fasady, przywracają ciężar właściwy rzeczom, dekonstruują fałsz. Jest w nich żarcie, wykręcanie, wierzganie, zachłyst i wstrząs. Jest w nich wreszcie ciążenie ku Bogu, który staje się istotnym kontekstem zebranych w Solfeżu wierszy. Kończący tom Bębniarz to szarża przeciw hałaśliwym atrapom rzeczywistości i manipulowaniu sensem. Kłamstwo, którego synonimem jest bęben, to obraz naszego upadku, z którego można się wydobyć jedynie poprzez poezję, „nie zagłaskującą skrzydeł”, niewygodną w recepcji, a widzącą to, co ujawnia się spod płynących łez. Tę, którą zebrał Wojciech Kass w swoim Solfeżu.
[Nowe Książki nr 10 / 2025]