Podobno nie należy sądzić książki po okładce, aczkolwiek już sam kształt edytorski wyboru wierszy i fragmentów prozatorskich, aforyzmów, opatrzonych eseistycznymi glosami przez Tadeusza Dąbrowskiego zatytułowanych „W metaforze”, wizualnie dopowiedzianych przez Henryka Cześnika, malarza i rysownika o poetycko fantazyjnej imaginacji, budzi respekt, jeszcze zanim zaczniemy go studiować.
Piotr Wiktor Lorkowski
Lekcje metafory
Jestem spragniony przenośni, która otwierając oczy,
uczy mnie poznawczej pokory
T. D.
- Podobno nie należy sądzić książki po okładce, aczkolwiek już sam kształt edytorski wyboru wierszy i fragmentów prozatorskich, aforyzmów, opatrzonych eseistycznymi glosami przez Tadeusza Dąbrowskiego zatytułowanych „W metaforze”, wizualnie dopowiedzianych przez Henryka Cześnika, malarza i rysownika o poetycko fantazyjnej imaginacji, budzi respekt, jeszcze zanim zaczniemy go studiować. Format bynajmniej nie kieszonkowy, konceptualna obwoluta, szlachetny papier. Wszystko to zwiastuje, że trafia do naszych rąk rzecz okazała. Lecz dyskurs prowadzony przez Dąbrowskiego w ścisłym powiązaniu z wybranymi tekstami i wyjętymi z nich na chwilę (trwającą mniej więcej tak długo, jak spisanie zwięzłej, esencjonalnej noty lub króciutkiego szkicu), przenośniami, rychło na powrót, niejako z biegiem hermeneutycznego koła, umieszczanymi w macierzystym kontekście, domaga się uważnej lektury i umie się za nią odwdzięczyć.
Uwagi, domysły, hipotezy Dąbrowskiego powinniśmy potraktować jako przykłady odbioru erudycyjnego, wszelako zbędną erudycją nie przeciążonego.
Kwestią funkcjonowania metafory w jej relacji do prawdy dzieła literackiego zajmowały się umysły z samej czołówki nowoczesnej filozofii, by tylko wspomnieć Hansa Georga Gadamera i Paula Ricouera. Jeżeli spróbowalibyśmy dowieść, że także ich myślenie zaważyło na rozumieniu metafory przez egzegetę-komentatora, zapewne by się nam udało; znajomość ich myśli jeszcze nie tak dawno należała do intelektualnego wyposażenia absolwentów polonistyki. Prócz własnej praktyki twórczej, redaktorskiej i czytelniczej, znać po nim polonistyczny sznyt, co tutaj trzeba by uważać za zaletę, gdyż pozwoliło to umieścić rozważania interpretacyjne na bardzo szerokim tle humanistycznym, a nawet poza nie wykroczyć z fortunnym rezultatem, z niemałym pożytkiem dla zaproponowanych tutaj odczytań, którymi zechciał się z nami podzielić.
Wyjaśnijmy jeszcze, czym „W metaforze” nie jest. Z całą pewnością nie jest monograficznie ni systematycznie ujętą historią nowożytnej liryki. Wprawdzie Dąbrowski układa swoje rozważania w przejrzystym układzie chronologicznym (XVIII – XXI wiek), niemniej sam dobór autorów oraz tekstów czyni tę książkę tyleż osobistą co subiektywną. Siłą rzeczy znacznie bardziej subiektywną niż solidna, przeglądowa, wzbudzająca kiedyś sporo dyskusji antologia „Poza słowa”, rzetelne kompendium wiedzy o poetach trzech dekad 1976–2006. Także ona mogłaby być ona punktem odniesienia dla rozważań interpretacyjnych skoncentrowanych wokoło przenośni. Praca nad nią pozwoliła Dąbrowskiemu zyskać sporą wiedzę historycznoliteracką oraz wypracować kryteria wartościowania tekstów. Obecnie kompetencje te pozwoliły mu przenieść literacką aksjologię na poziom egzystencjalny i metafizyczny.
- Lista autorów, do których tekstów Tadeusz Dąbrowski się odwołuje, liczy ponad siedemdziesiąt nazwisk, polskich i zagranicznych. Po jedynym przedstawicielu literatury staropolskiej (Józef Baka), następuje szereg nazwisk klasycznych (Krasicki, Mickiewicz, Słowacki, Norwid, Asnyk), wszakże ilościowo przeważają nad nimi klasycy nowoczesności od Leśmiana do Herberta, oraz poeci, których podręczniki włączyły w krąg szeroko pojętej liryki współczesnej. Niemało uwagi poświęcił egzegeta poezji powstałej po przełomie roku 1989. Rzucił przy tym światło na wiersze autorów godnych przypomnienia („Forever young”, „Nieutuleni” Krzysztofa Smoczyka”; „***, zgnieciona jak kartka…” Macieja Niemca; „Ikona rodzinna”, Piotra Cielesza ). Docenił poetów, co o rozgłos nigdy specjalnie się nie starali, włączając do swego wyboru dwa wiersze Ludwika Filipa Czecha („Trudno uwierzyć”; „***, Nie ma nic smutniejszego…”). Uzupełnił go kilkunastoma przekładami, od haiku Matsuo Bashō, do Michela Houellbecqua, dobranymi, podobnie jak w przypadku wierszy polskich na zasadzie istotności ich przesłania, ich korespondencji z wyobraźnią, emocjami, chwilowymi intuicjami „podmiotu interpretującego”. Ale asumpt do rozważań dał mu także fragment opowiadania „Dodo” Brunona Schulza, fragment przedmowy Anny Świrszczyńskiej do jej „Wierszy wybranych”, garść aforyzmów Stanisława Jerzego Leca. Rozrzut ogromny. Czy dałoby się tu wskazać jakieś mniej więcej określone, intersubiektywne kryterium, scalające taką różnorodność, a respektujące zamiar interpretatora, starającego się oddać niezwykle szerokie spektrum odcieni poetyckiego mówienia. Otóż tak. Dąbrowski mierzy się z tekstami i metaforami poprzez które prześwituje prawda człowieczego bycia: jego wewnętrzne zmagania z religią (fragment „Traktatu teologicznego” Czesława Miłosza), problemy z tożsamością zmienną pod przez wpływem czasu („Fotografia” Zbigniewa Herberta), smutek nieuchronnych kompromisów („Z zabaw i gier dziecięcych” Andrzeja Bursy), zawiedzione i wyszydzone oczekiwania (anonimowa pieśń ludowa „Prosili nas na wesele”), deziluzje („Amory” Marii Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej), a także ujawniają się wartości określające jego doczesną jakość oraz transcendentny sens.
- Aby wniknąć w interpretacyjne intencje nie musimy się nazbyt utrudzić. We wstępie Dąbrowski objaśnia je wprost:
Interesuje mnie metafora, która nie daje spokoju, uwodzi, ale nie wykorzystuje, zaprasza do środka, ale nie zamyka, która jest odpowiedzialna, to znaczy: wywiązuje się z tego, co obiecała, a nawet jeśli rozczarowuje, to tylko w takim znaczeniu, że pozbawia złudzeń, nawet jeśli rani, to daje poczucie, że mino wszystko było warto, że ból jest uzasadniony, bo poszerzył moje widzenie. Szukam wyłącznie metafor, które „mają konsekwencje”, rozwijają się w opowieść o życiu, o moim życiu, nie takim, jakie znam, ale o takim, jakie nie znam. O moim życiu, które dotąd było przede mną zakryte. Ważne są dla mnie metafory będące mózgiem wiersza, jego duszą, czasem sumieniem, stwarzające warunki do rozmowy, pozwalające się spotkać zarówno z poetą dawnym i tym najbardziej współczesnym, w przestrzeni bezczasu […] (s. 8).
Cytat trochę przydługi. Jednak każdy, kto myśli o owocnej lekturze tych rozważań, powinien dwakroć przeczytać cały akapit, z którego go wyjąłem. Wskazuje on na kierunki eksploracji tekstu, oczekiwania, obszary interpretacyjnych zainteresowań, na swoisty „modus operandi”, dalej: na cel obcowania z przenośnią obecną w wypowiedzi literackiej – a jest nim zrozumienie, dotarcie do sedna istnienia przynajmniej w trzech jego wymiarach: ontologicznym, epistemologicznym, aksjologicznym. Co ciekawe: temu celowi zostały podporządkowane spontaniczne, skojarzeniowe gry językowe, lub międzyjęzykowe prowadzone na marginesie dociekań (por. przykładowo: s. 161, 209, 255). Natomiast czysto estetyczna, ornamentacyjna, rola metafory została przesunięta na plan najdalszy, dosłownie najdalszy.
Pośród dociekań metodologicznych nie należałoby zapominać o tym, że całość zatytułował autor miejscownikowo przy użyciu przyimka „w” zakreślającego krańce pola napięć semantycznych i emocjonalnych, nieodłącznych od faktyczności życia. Ową faktyczność ceni Dąbrowski wysoko. Daje temu wyraz w szkicach poświęconych wierszom wpisującym się w poetykę okołobrulionową („Stare zamszowe buty” Krzysztofa Jaworskiego) lub postbrulionową („Dyska (psychozabawa)” Filipa Zawady), albo skłaniającą się ku lirycznemu realizmowi („Wymiana okien” Krystyny Dąbrowskiej). Spora część egzegetycznego wysiłku została tutaj zainwestowana w odczytywanie/wyczytywanie faktów z życia, także wewnętrznego, tekstowego „ja”, doświadczeń duchowych nie wyłączając, w czym upewniają nas rozważania nad Miłoszem i Różewiczem.
- Metaforę rozumie Dąbrowski bardzo szeroko. Rozciąga to pojęcie zarówno na obszerne formy powieściowe, jak na zwięzłe, aforystyczne sentencje. Eksplorując dorobek zajmującego go autora, nie zawsze dobiera teksty dlań charakterystyczne. Utwory znane nam ze szkolnych podręczników („Spieszmy się” Jana Twardowskiego, dwa mickiewiczowskie „Liryki lozańskie”, Norwidowe „Pióro”; „Między nami nic nie było” Asnyka, „Gmachy” Przybosia). Obok nich proponuje Dąbrowski lekturę wierszy podpisanych nazwiskami znanymi i słusznie docenianymi, acz mniej opatrzonymi i interpretacyjnie mniej wyeksploatowanymi; zatem Ignacego Krasickiego reprezentuje tutaj „Nadzieja” (zamiast czytankowego „Hymnu do miłości ojczyzny”), Brunona Jasieńskiego „Miłość na aucie” okazuje się nie lada konkurencją dla „Trupów z kawiorem”. Znalazł się tutaj nawet tekst kojarzony przede wszystkim z popularną piosenką estradową, czyli „Jest taki jeden skarb” Jerzego Jurandota. Jednakże Dąbrowski ani nie tworzy nowych hierarchii. Pod tym względem wszystko pozostawia na miejscu. Nie kryje się więc ze swoją atencją dla Tadeusza Różewicza, do czego ma prawo. Od dawna t jego refleksje nad różewiczowskimi wierszami powstałymi w różnych okresach układają się w osobny blok medytacji chyba najbardziej osobistych, najsilniej przeżytych.
Zaraz po Różewiczu plasują się Herbert, Miłosz, Szymborska jako twórcy metafor dających do myślenia. Szkic po szkicu coraz bardziej przekonujemy się, że aby pojąć metaforę, aby uruchomić jej potencjał epistemologiczny, trzeba ją wpierw otworzyć inną metaforą, skonstruowaną w jej bliskości, jako jej przeciwieństwo albo, częściej, pochodną. W tym zakresie Dąbrowski prezentuje iście poetycką inwencję, nadzwyczaj zręcznie porusza się wśród rozmaitych rejestrów mowy, czerpiąc z różnych obszarów pojęciowych, fizyki i astrofizyki nie wyłączając. Włącza poczucie ironii, aby nieco osłabić postromantyczny patos, cechujący „Emigrację” Jana Lechonia. Wyostrza groteskę Leśmianowej „Wiosny”, poprzez którą przebiega swojski wieprzek. Robi to pysznie! Nie mogę się oprzeć, aby nie zacytować chociażby kilku zdań interpretacyjnej konkluzji:
„Ryj mu Lilią zakwita!” – czytam – i micha mi się jarzy, bo widzę rzeczywistość, która – choć odrealniona przez poetyckie słowo – każe mi w siebie wierzyć. Unaocznia mi się. Ta świnia wpada fizycznie w pole mojego widzenia. (s. 66).
Nie jedyny to passus napisany tak lekkim piórem, w dykcji nieomal konwersacyjnej. Lecz jeśli komentator czuje, że musi się odnieść do zagadnień powagi bezwzględnie wymagających, przykładowo: eschatologicznych, mówi z całą należną tematowi powagą, doskonale świadom, że metafora powinna pomóc człowiekowi poznać samego siebie i umieścić jego istnienie w określonym porządku aksjologicznym. Bardzo tradycyjnym, zasadzającym się na przywiązaniu do trzech cnót teologicznych powiązanych licznymi korespondencjami z platońską triadą „piękno – dobro – prawda”. Ich sprzężenie stanowi silne spoiwo kultury, z której poezja wyrasta. Gdy skupimy się dłużej na rozważaniach Dąbrowskiego, wówczas poglądem możemy dojść do wniosku, że bliskie jest byłoby mu także przekonanie, iż używając metafor, pozostajemy postaciami najpewniej nieokazałymi, i wszakże na barkach naszych poprzedników-olbrzymów. Należą do nich prócz tylko autorów arcydzieł, miliony bezimiennych użytkowników języka, poszerzających jego możliwości, przerzucających mosty pomiędzy zmysłowym doznaniem, a jego słownym obrazem, wyprowadzających je ku nazywaniu abstrakcji. Na zagospodarowanym przez nich gruncie, mowa mogła wydać poetycki owoc. Wydaje go nadal w każdym wierszu już powstałym, w każdym wierszu oczekującym na napisanie oraz w tekście formalnie nie będącym wierszem, lecz generującym metaforyczne znaczenia.
- Tytuł niniejszego omówienia mógłby niektórych rozczarować. Ileż razy przerabialiśmy rozmaite lekcje. Niemniej zgodnie z łacińskim źródłosłowem lectio to również formuła odczytywania lub medytacja albo rozważanie przenoszące rozmyślającego w wymiar leżący poza granicą doraźności. W takim kluczu możemy odczytywać zamysł Tadeusza Dąbrowskiego. Chociaż czterystupięćdziesięciostronicowa księga z zewnątrz przypomina mszał, a czytać ją można na dobrą sprawę także jako brewiarz, nie została przeznaczona dla wtajemniczonego, przekonanego do poetyckich lektur, czytelnika, lecz przede wszystkim dla takiego odbiorcy poezji, który chciałby zostać czytelnikiem zaawansowanym. W tym okaże się naprawdę pomocna.
- Na koniec moje osobiste życzenie: może do kolejnego tomu lub wydania swoich mikroesejów dodałby Tadeusz Dąbrowski (mikro)komentarz do (mikro)liryku zaczynającego się frazą „Uciec z duszą na listek…”. Czyje pióro ją skreśliło? Nie zdradzę. Dla ułatwienia napomknę tylko, że jej autor także pojawia się wśród bohaterów jego książki.
Tadeusz Dąbrowski – teksty, Henryk Cześnik – rysunki, W metaforze, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 2024.
[Tekst opublikowany na łamach kwartalnika literacko-kulturalnego „eleWator” nr 41 (1–2 / 2025)]